- Pobierz link
- X
- Inne aplikacje
ROK 2015
PRZENIOSŁAM Z NIEAKTUALNEGO JUŻ BLOGA, SKASOWANEGO PRZEZ ADMINISTRATORA WSPOMNIENIA Z LAT DZIECINNYCH - LITWY, NA TYLE CIEKAWE, IŻ UWAŻAŁAM ZA STOSOWNE ZACHOWAĆ DLA CIEKAWYCH , DOŚĆ INTERESUJĄCYCH ŻYCIORYSÓW. DALEJ SĄ JUŻ ZAPISKI Z LAT MOJEJ STAROŚCI , OPISYWANE W LATACH 2016-2018
Rosienie
Wieczną moją zmorą był problem odzieży. Zawsze odstawałam od rówieśników, bo Mama nigdy tak dobrze nie zarabiała, by zaspokoić wszystkie nasze potrzeby.

Zamierzam odtworzyć, niezawarte w książce „Gabriela”, moje wspomnienia z życiorysu od zamieszkania w Rosieniach, gdzie rozpoczęłyśmy, z siostrą, naukę języka polskiego, znając, dotychczas, tylko język węgierski - ojczysty mojej Mamy.

Skąd nasz ród....
Pomyślałam, że , z braku innych pomysłów, ten blog wykorzystam na pisanie aneksu do wydanej książki p.t. "Gabriela", która też powstała na kanwie skasowanego bloga - kresowianka32.
Pisałam oszczędnie, bo nie chciałam zanudzać ew. czytelników i sporo , niewiele znaczących dla nich fragmentów, pozostawiłam nieujawnionych.
Np. wymieniłam dość dużo krewnych, nie podając , w jakim stosunku i na jakiej płaszczyźnie jesteśmy spokrewnieni.
A jest to historia dość ciekawa.
Na terenie Żmudzi, na Litwie - po unii polsko-litewskiej (1385 r. w Krewie; akt regulował stosunek Korony Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim ) osiedliło się wielu Polaków, namaszczonych szlachectwem przez poprzednich władców, za różne zasługi, których nie wymienię, bo nie znam bliżej tych, nagradzanych ziemią, dokonań. Natomiast wiem, że zdobywali też ziemie, podbijając je, niezbyt szlachetnie, od osiadłych tam tubylców . Jednym z tych rodów - był nasz.
I , głowy nie dam, czy nie zagarnął on ,w podobny sposób, większość gruntów, która liczyła sobie dobrych kilka tysięcy hektarów, jak i ,sąsiadujących z nami, innych polskich "szlachcian" o znanych nazwiskach.
Litwini byli wówczas poganami, stąd częste najazdy Krzyżaków, pod pretekstem nawracania ich na chrześcijaństwo, a w rzeczywistości mających w zamiarze anektowanie części zajmowanych przez nich ziem.
I oto książę litewski - Władysław Jagiełło - mający wielkie aspiracje osobiste, ale też narodowe - zamierzał przyjąć chrzest i objąć także polski tron przez małżeństwo z królową Jadwigą.
Zamierzenia swe spełnił. Przyjął chrzest w Krakowie w 1386 roku i wziął ślub z 12-letnią wówczas Jadwigą (zmarłą - w roku 1390). W ślad za władcą chrzest przyjęła większość narodu litewskiego .
Następna unia została przyjęta w Lublinie , w roku 1569 za króla Zygmunta Augusta i była początkiem Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a także początkiem I Rzeczypospolitej Polskiej.
Wspólne Państwo trwało ponad dwa wieki, aż do czasu, kiedy zniknęło z mapy Europy, po rozbiorach w 1795 roku.
Nie będę rozwijać wątku historycznego, bo kto zechce - sięgnie po materiały, których jest w bród.
Chciałam tylko uzmysłowić od kiedy nasze "plemię" powstało i jak długo trwa (bez mego wkładu na przyszłość, bowiem nie przyczyniłam się do kontynuowania go z mojej strony).
Kuzyn Jerzy (o pokrewieństwie z nim opowiem w dalszym ciągu "aneksu") strawił wiele lat w penetrowaniu: kto był naszym "praszczurem", założycielem rodu i jak przebiegało jego rozmnażanie się, malując, nieudolnie, drzewo genealogiczne (trudno odczytać imiona, pisane odręcznie) . Dla mnie lektura była nieciekawa i pełna niedomówień: prawdopodobnie, podobno, może , jakoby itp. i w dużym stopniu sfałszowana, a dlaczego - również nie utajnię.
W każdym razie, po tym fakcie, zerwałam wszelkie więzi z rodziną, bowiem zachowała się wobec mnie bardzo nie fair.
Do tej pory byłam do niej przywiązana i każdy z nich
mógł liczyć na moje wsparcie we wszystkich sprawach, natomiast nielojalności, intryg - nie znoszę i nie chcę, z posługującymi się tymi metodami - mieć nic do czynienia.
Życie jest krótkie
czwartek, 19 listopada 2015 DOWGIRDÓW
Ten okres mego dzieciństwa zaliczam do najszczęśliwszych. Nie odczuwało się zagrożenia wojną, nie nachodzili nas okupanci – Niemcy. Czuliśmy się bezpieczni i, jak to dzieci, skorzy do zabaw i figli.
Poza obowiązkami, jakimi byliśmy obarczeni – też nie przekraczającymi naszych możliwości fizycznych (mnie i Leszka) – mieliśmy też sporo mniej lub bardziej zaprogramowanych zajęć.
Jedno zadanie, jakie powierzono nam (Żukowi i mnie) do wykonania – to był dowóz do Ginejć, gdzie gospodarstwem zajmowała się najstarsza z rodzeństwa Zosi – woza drabiniastego do zwózki siana i innych płodów rolnych. Dość często wymieniało się potrzebne, a nie będące w posiadaniu którejś z administratorek – przedmioty lub akcesoria do prac polowych . I tym razem Żuk przybył po wóz i konie, zabrał mnie ze sobą, by po dostarczeniu wozu – móc odprowadzić konie z powrotem, wóz pozostawiając, jeszcze na jakiś czas do dyspozycji Wandy.
Jechaliśmy, jak szaleni, bo Żuk poganiał konie, a nadto nie jechał drogą, tylko przez skróty – polami. Zawsze bałam się jego reakcji, bo był nieobliczalny i miał nieprzeciętne pomysły. Kiedy zadanie zostało wykonane i wracaliśmy, wieczorem , z powrotem końmi, na oklep, początkowo jadąc stępa, ale kiedy stawało się coraz ciemniej – Żuk zarządził przyspieszenie tempa. Straszył wilkami i niedźwiedziami , nie bez kozery, bo w borach litewskich nie brakowało ich obecności.
Jechał na koniu, a ja na kobyle, która była, jak to często kobieta, uzależniona od swego partnera i poruszała się dokładnie, jak on. Kiedy on przyspieszał – ona , bez ponaglania przez jeźdźca – ruszała za nim, a jeśli spowalniał bieg – ona nie dawała możliwości, pod żadnym pozorem , go przyspieszyć.
I tak, po pewnym czasie, a do celu naszej podróży pozostało jeszcze kilkanaście kilometrów – pewna część mego ciałka – była tak obolała, że nie mogłam usiedzieć na grzbiecie klaczy. Położyłam się więc na nim i tak jechałam do końca podróży. Żuk na moje nawoływania i prośby kompletnie nie reagował.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce ledwo zeszłam z konia i, płacząc, dotarłam do domu. Kilka dni kuracji polepszyły mój stan zdrowia.
Tamże, w majątku nauczyłam się pływać w Dubysie – rzece, przebiegającej przez majątek (na zdjęciu). „Trenerką” była, oczywiście,
Zosia. Bałam się wody, miałam wrażenie, że w głębi czyhają jakieś stwory, które złapią mnie za nogi i wciągną w głębinę, choć rzeka była płytka i o utracie życia nie mogło być mowy. Wstydziłam się jednak o moich lękach wspominać kuzynce, więc , dzięki jej i mojej determinacji nauczyłam się trochę pływać, a resztki nauki , już stylowej, dopełniłam w późniejszym czasie.
Kiedy nie mieliśmy, z Leszkiem, nic do roboty, „grasowaliśmy” w okolicy, a to podjadając niedojarzałe jabłka i inne owoce (rosły w zagrodzie dla trzody chlewnej, a c. Jula biegała za nami – nie mając nad nami przewagi, ani zdolności wychowawczych, więc stała na przegranej pozycji; a to rzucaliśmy patykami na , tę że ciocię, ze strychu na balkon, na którym siedziała, wielce ciesząc się z jej dezorientacji, skąd one na nią spadały... Była, niestety, obiektem naszych figli i robienia głupich kawałów.
Podglądaliśmy też „amory” Wandzi, przebywającej u nas, w gościnie, ze swoim przyszły mężem. Wydawała nam się bardzo stara (dobiegała trzydziestki) i napawało nas zgorszeniem, kiedy przyłapaliśmy ja na
całowaniu się z narzeczonym.
W czasie I wojny św. część budynku spłonęła, a ojciec odbudowywał go
przez kilka lat. Brakowało też, m.in. toalety i te czynności fizjologiczne trzeba było spełniać na zewnątrz budynku, pod lasem, w budce, do tego celu stworzonej. Leszek był wiecznie podszyty strachem, bardziej nawet, niż ja, i kiedy wybierał się do tego „przybytku” prosił mnie o asystę.
Mówił trochę niewyraźnie: „Kapka (zamiast Gabka), choć (zamiast chodż) ze mną” - wiedziałam już, że oczekuje na moją obecność do czasu....
Czasem go podpuszczałam, nie odzywając się na jego nawoływania w trakcie... Wtedy wychylał się zza drzwi i pokrzykiwał: „Kapka, jesteś??”
Byłam.
O dalszym ciągu opowiem w następnej notce.
środa, 18 listopada 2015
Życie jest krótkie
środa, 11 listopada 2015
NADAL ROSIENIE I POBYT W RODZINNYM MAJĄTKU
Wieczną moją zmorą był problem odzieży. Zawsze odstawałam od rówieśników, bo Mama nigdy tak dobrze nie zarabiała, by zaspokoić wszystkie nasze potrzeby.
Uważała, iż najważniejszą, priorytetową sprawą jest wykarmienie swojej trzódki, a reszta jest nieważna lub zupełnie nieistotna. Nam, natomiast , dwóm nieletnim, panienkom - bardzo zależało na ładnym wyglądzie,a przynajmniej dorównywanie koleżankom, by nie stać się obiektem kpin i żartów. Dzieci, młodzież potrafi być okrutna. Nic nie ujdzie ich uwadze i jeśli dostrzegą , iż potencjalna ofiara jest słaba psychicznie i daje się „dołować” – przepadła. Pozostaje popychadłem, doprowadzonym do rozstroju nerwowego, a nawet, nieuleczalnych, kompleksów.
Pamiętam, jak zdarłam ostatnią parę butów i nie mogłam się doprosić kupienia nowych , a przez to kilka dni nie chodziłam do szkoły.
Wreszcie Mama obdarowała mnie butami-walonkami na obcasiku (zimowe buty, noszone np. na Syberii) – zbuntowałam się i orzekłam, że ,za żadne skarby świata, nie pójdę w nich do szkoły.
”Nie pójdziesz – to nie. Innych nie kupię, bo mnie nie stać na droższe”.
Beczałam dwa dni, ale kiedy zobaczyłam, że Mama nie reaguje na mój płacz – poddałam się. Włożyłam te wstrętne buciska (na obcasach ! i , zrezygnowana, udałam się do szkoły. Dzieci nawet nie spostrzegły, jakie to obuwie ubrałam, bo przez cały czas siedziałam w ławce nie wychodząc nawet na przerwę. Potem, dzieciarnia przyzwyczaiła się do moich walonek i miałam spokój. A że do wiosny było niedaleko - jakoś przeżyłam noszenie tej „wstydliwej” garderoby.
Działo się to, nadal, w Rosieniach.
Kiedy nastało lato – na ferie wyjeżdżałam do majątku (administrowanego, przez kuzynkę Zosię), mieszczącego się kilka kilometrów od Rosień, a dołączał tam Leszek (młodszy syn wuja Witolda).
Siostra natomiast – do nieopodal znajdującego się folwarku Ginejcie , gdzie gospodarzem była siostra Zosi – Wanda i brat –Jerzy. Prócz siostry, przyjeżdżał do folwarku też – Żuk (Kazimierz starszy brat Leszka).
Folwark należał do dalekiego krewnego, wuj a Kurnatowskiego, pastora,
mieszkającego w Wilnie , ze swoją o ok. 20 lat od siebie starszą , żoną. Małżeństwo, mimo tak wielkiej różnicy wieku, było bardzo udane .
mieszkającego w Wilnie , ze swoją o ok. 20 lat od siebie starszą , żoną. Małżeństwo, mimo tak wielkiej różnicy wieku, było bardzo udane .
Pamiętam pastora jako przystojnego, siwego pana, o wielkie kulturze osobistej.
Był wyjątkowym erudytą i poliglotą (znał kilkanaście języków).
Małżeństwo trwało wiele lat, a zakończyło się wraz z śmiercią ciotki (imienia nie pamiętam). Podobno, czytała jakiś fragment gazety i, pewnym momencie, zamilkła. Wuj przynaglał, by kontynuowała czytanie, ale ona nie odpowiadała. Okazało się, że nie żyje !
Wuj wielce ubolewał nad jej utratą i nie długo po tym fakcie także zmarł.
Rzadko przebywali w Ginejciach, stąd przekazali ,właśnie, kuzynostwu zarządzanie nim w okresie okupacji niemieckiej.
Tak, jak nami, posługiwała się też siostrą i kuzynem – Wanda, ganiających ich do robót polowych i innych uciążliwych, które przerastały siły siostry narzekającej także na złe wyżywienie i nieodpowiednie ich traktowanie. Zbuntowana wróciła, w końcu, do Mamy, do Rosień.
W Ginejciach pozostał Żuczek, który często przybywał do naszego majątku, wysyłany „służbowo” lub „urlopowany”.
Wtedy organizował indiańskie zabawy lub inne, nie mniej wymyślne i trudne dla nas do zniesienia.
W naszym przypadku – prace, zlecane przez Zosię, nie obciążały nas zbytnio, a nadto miały charakter dydaktyczno- wychowawczy (patrz: opowiadanie „Pana Tadeusza).
Nie przypominam sobie nieprzyjemnych zdarzeń, zachowań Zosi wobec nas, otaczającą opieką i troską.
Inaczej postrzegał ją Mietek (z-ca dowódcy AK na dystrykt kowieński), poszukiwany przez Gestapo, a ukrywający się tamże).
Po wojnie relacjonował nam swój pobyt w majątku, jako ciężko pracującego i traktowanego jak typowego parobka.
sobota, 7 listopada 2015
WRACAM WSPOMNIENIAMI DO ROSIEŃ

Zamierzam odtworzyć, niezawarte w książce „Gabriela”, moje wspomnienia z życiorysu od zamieszkania w Rosieniach, gdzie rozpoczęłyśmy, z siostrą, naukę języka polskiego, znając, dotychczas, tylko język węgierski - ojczysty mojej Mamy.
Szkółka, jedyna polska w tym miasteczku, zajmowała jednoizbową
przestrzeń, mieszczącą klasy podstawowego nauczania od I do IV.
Obie rozpoczęłyśmy od klasy pierwszej , ale siostra , wkrótce, przeszła
do trzeciej, potem czwartej, gdyż w Budapeszcie ukończyła dwie
pierwsze klasy i , nie mając trudności z przyswajaniem zarówno
języka, jak i ogólnego programu nauczania - z łatwością „przeskakiwała”
do wyższych klas. Ja, pozostałam na poziomie pierwszej, bo byłam
o 2,5 roku młodsza od niej i miałam po raz pierwszy styczność
z nauką, także nowego języka, a w zasadzie kilku. Musiałyśmy też
przyswoić litewski, bowiem był językiem państwowym, jak i rosyjski,
gdyż jedna z ciotek – Jula – mówiła wyłącznie po rosyjsku.
Szybko zdobyłyśmy ogólną wiedzę na poziomie nauczania tych klas,
do których uczęszczałyśmy, jak i wszystkie trzy języki.
Zaprzyjaźniłam się z Litwinką, w moim wieku, której mama była
właścicielką także jedynego w miasteczku kina. Dzięki temu mogłyśmy,
bez przeszkód, oglądać wszystkie filmy,jakie ukazywały się na jego
ekranie. A były to filmy najwyższych „lotów”. Z udziałem najznakomitszych aktorów, których nazwiska zapamiętałam do dziś:
Marika Rokk (o umlaut – nie ma na moich klawiszach tego dwukropka nad o), Zarah Leander, Shirley |Temple, Greta Garbo, Marlena Dietrich i wiele innych
oraz aktorzy: Charlie Chaplin, Ramon Navarro, Fred Astaire, Gene Kelly, Jan
Kiepura , Cary Grant , no i mój najulubieńszy, w którym byłam „śmiertelnie” zakochana, czyli Robert Taylor. Niezaprzeczalnie, z nich wszystkich najpiękniejszy, ale czy najzdolniejszy – tego nie potrafię potwierdzić.
Wchodziłyśmy na balkon, potem do którejś z lóż i zza kotary, wielce
podniecone, oglądałyśmy film za filmem – łącznie z tymi od 18 lat.
Mama nawet o tym nie wiedziała. Byłam kinomanką wiele lat.
Potem, grubo po wojnie, zapał wygasł i zaprzestałam chodzić do kina.
Zresztą, takich aktorów, jak przed wojną i międzywojnia – nie uświadczysz. „Tamci” byli świetnymi aktorami, a kobiety – piękne, eleganckie i niczym niepodobne do „rozczochranych”, udające podlotki - niezależnie od wieku -
naszych, polskich i, nie tylko, aktoreczek. Światowy trend na brzydotę.
Tylko nieliczne aktorki są urodziwe, bo natura je tak stworzyła, a nie makijaż, natomiast "prawdziwych" mężczyzn - aktorów - nie uświadczysz. Bo jeżeli grający rolę Bonda jest jego przykładem - to mamy kompletną degrengoladę w tej materii...
Tylko nieliczne aktorki są urodziwe, bo natura je tak stworzyła, a nie makijaż, natomiast "prawdziwych" mężczyzn - aktorów - nie uświadczysz. Bo jeżeli grający rolę Bonda jest jego przykładem - to mamy kompletną degrengoladę w tej materii...
piątek, 6 listopada 2015
Małe drzewko genealogiczne dla roazróżnienia kto jest kto
Dwa rody – o tym samym nazwisku – pochodzą od jednego protoplasty - Jana (XIV wiek),
a moje pokolenie jest już, z kolei, czternaste.
Pierwszy ród - pochodzi z majątku, którego nazwę wzięto od noszonego przez nas nazwiska
a drugi – zwał się Plemborg.
-------------------------
Mój ojciec, także Jan – odziedziczył , ten pierwszy , mając 19 lat (1910 rok) – po śmierci swego ojca, również Jana (żona - Olga Staniewicz ). Dwie jego siostry : Anna i Melania– jako schedę otrzymały folwarki : Melania – Weredowo, a Anna – Jasnogórkę.
----------------------------
Plemborscy zaś: Dziadkowie : Michał Dowgird , (żona Marya Jeleńska z d. Hirsch).
Ojciec rodu – Tadeusz (geolog, znany na Litwie - polski malarz ; ( Litwini roszczą do niego prawo) 1852-1919, ożeniony z Kazimierą Korybut-Daszkiewcz wydali na świat czworo
swego potomstwa:
Adama, Tadeusza, Michała, Witolda (na przestrzeni lat 1886-1901).
Najmłodszym był Witold, z którym w czasie II w. św. mieszkaliśmy, jakiś czas, razem.
--------------------------
Oba majątki ze sobą sąsiadowały. W ogóle, całe skupisko sporych majątków,na Żmudzi,szlachty polskiej było blisko siebie usytuowane i często , wzajemnie się , odwiedzane.
Z plemborskich: Adam – ożenił się z daleko spokrewnioną Melanią (siostrą mego ojca),
Tadeusz – zmarł w wieku 24 lat – nie znam przyczyny śmierci,
Michał – miał córkę, z służącą, zatrudnioną w majątku, (do której przyznał
się tuż przed swoja śmiercią),
Witold – ożenił się z Genowefą z Raczkowskich (siostra Mietka) o
kilkanaście lat od siebie starszą osobą.
----------------------------
Adam z Melanią mieli czworo dzieci: Wandę, Adama, Zofię i Jerzego (na przestrzeni 1911-1917)
Witold z Genowefą dwoje dzieci: Kazimierza i Leszka. (na przestrzeni 1928-1931)
------------------------------
Z pierwszego majątku: mój Ojciec – ożenił się z węgierską diwą operetkową – OlgąFeher
moją Mamą.
Mieli dwoje dzieci: Eleonorę (1929 r.)
Gabrielę(mnie – 1932 r)
---------------------------------
Adam (plemborski) zmarł w 1919 r., wracając z I w.św. na Litwę na granicy Rumuńskiej
na tyfus,pozostawiając żonę. Melanię właściwie, bez środków do życia.
Stąd , mój ojciec dawał im możność przebywania u siebie , w majątku , będących
na jego utrzymaniu.
Potem, każdy z nich chwalił się, że mieszkał w swoim majątku, co mnie, początkowo
śmieszyło, ale potem mocno irytowało. Nie potrafili przyznać się do faktycznych
zasług ojca wobec nich i przeinaczali fakty na swoją korzyść, pomijając mnie
i siostrę do schedy po naszym, rodzonym, ojcu.
Melania – zmarła po II w.św. po powrocie do Polski w 1945 (opisałam wypadek w „Gabrieli”)
Witold – zmarł w latach 60-tych (aktor, reżyser, artysta)
Genowefa – żona , chora na serce – zmarła ok. roku 1935, pozostawiając mężowi na wychowaniu dwoje dzieci . .
--------------------------------------------
--------------------------
.
Jan, mój ojciec zmarł w czasie wojny w Warszawie w 1943 roku
Olga – Mama w 1959 w Wałbrzychu.
Eleonora – siostra w 1989 r. w Warszawie.
Kolej na mnie. Kiedy ? Przyjdzie na to pora. Sadzę, że niebawem..
O ile wiem – oba rody były, na początku, ze sobą skłócone.
Ja, jako najstarsza z rodu Jana – także; o powodach pisałam w poprzedniej notce.
Czwórka mego kuzynostwa:
Wanda – ukończyła germanistykę i wykładała w szkole język niemiecki;
Adam (Dziutek ) - był lekarzem-chirurgiem (przez lata dyrektorem Szpitala Wojewódzkiego w
Białymstoku).
Zofia - ukończyła przedwojenny CIF (Centralny Instytut Fizyczny – obecnie AWF); wieloletnia
wykładowczyni na WSWF, a potem AWFwe Wrocławiu
Jerzy - był ekonomistą (koszykarzem YMCA – najlepszy w Polsce zawodnik; potem trenerem
kadry polskich koszykarek).
O nich opowiadam w książce p.t. Gabriela i będę do nich wracać na tym blogu.
W razie trudności z rozpoznawaniem osób , które będę opisywać – proszę sięgać
do tej strony po informacje.
Pisałam na writer'rze kopiowałam i wklejając - litery tak się zmniejszyły. Próbowałam zwiększyć, ale się nie dało !
sobota, 31 października 2015

Skąd nasz ród....
Pomyślałam, że , z braku innych pomysłów, ten blog wykorzystam na pisanie aneksu do wydanej książki p.t. "Gabriela", która też powstała na kanwie skasowanego bloga - kresowianka32.
Pisałam oszczędnie, bo nie chciałam zanudzać ew. czytelników i sporo , niewiele znaczących dla nich fragmentów, pozostawiłam nieujawnionych.
Np. wymieniłam dość dużo krewnych, nie podając , w jakim stosunku i na jakiej płaszczyźnie jesteśmy spokrewnieni.
A jest to historia dość ciekawa.
Na terenie Żmudzi, na Litwie - po unii polsko-litewskiej (1385 r. w Krewie; akt regulował stosunek Korony Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim ) osiedliło się wielu Polaków, namaszczonych szlachectwem przez poprzednich władców, za różne zasługi, których nie wymienię, bo nie znam bliżej tych, nagradzanych ziemią, dokonań. Natomiast wiem, że zdobywali też ziemie, podbijając je, niezbyt szlachetnie, od osiadłych tam tubylców . Jednym z tych rodów - był nasz.
I , głowy nie dam, czy nie zagarnął on ,w podobny sposób, większość gruntów, która liczyła sobie dobrych kilka tysięcy hektarów, jak i ,sąsiadujących z nami, innych polskich "szlachcian" o znanych nazwiskach.
Litwini byli wówczas poganami, stąd częste najazdy Krzyżaków, pod pretekstem nawracania ich na chrześcijaństwo, a w rzeczywistości mających w zamiarze anektowanie części zajmowanych przez nich ziem.
I oto książę litewski - Władysław Jagiełło - mający wielkie aspiracje osobiste, ale też narodowe - zamierzał przyjąć chrzest i objąć także polski tron przez małżeństwo z królową Jadwigą.
Zamierzenia swe spełnił. Przyjął chrzest w Krakowie w 1386 roku i wziął ślub z 12-letnią wówczas Jadwigą (zmarłą - w roku 1390). W ślad za władcą chrzest przyjęła większość narodu litewskiego .
Następna unia została przyjęta w Lublinie , w roku 1569 za króla Zygmunta Augusta i była początkiem Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a także początkiem I Rzeczypospolitej Polskiej.
Wspólne Państwo trwało ponad dwa wieki, aż do czasu, kiedy zniknęło z mapy Europy, po rozbiorach w 1795 roku.
Nie będę rozwijać wątku historycznego, bo kto zechce - sięgnie po materiały, których jest w bród.
Chciałam tylko uzmysłowić od kiedy nasze "plemię" powstało i jak długo trwa (bez mego wkładu na przyszłość, bowiem nie przyczyniłam się do kontynuowania go z mojej strony).
Kuzyn Jerzy (o pokrewieństwie z nim opowiem w dalszym ciągu "aneksu") strawił wiele lat w penetrowaniu: kto był naszym "praszczurem", założycielem rodu i jak przebiegało jego rozmnażanie się, malując, nieudolnie, drzewo genealogiczne (trudno odczytać imiona, pisane odręcznie) . Dla mnie lektura była nieciekawa i pełna niedomówień: prawdopodobnie, podobno, może , jakoby itp. i w dużym stopniu sfałszowana, a dlaczego - również nie utajnię.
W każdym razie, po tym fakcie, zerwałam wszelkie więzi z rodziną, bowiem zachowała się wobec mnie bardzo nie fair.
Do tej pory byłam do niej przywiązana i każdy z nich
mógł liczyć na moje wsparcie we wszystkich sprawach, natomiast nielojalności, intryg - nie znoszę i nie chcę, z posługującymi się tymi metodami - mieć nic do czynienia.
- Pobierz link
- X
- Inne aplikacje
Komentarze
Prześlij komentarz