Cały czas jestem do niczego, Ta długotrwała choroba osłabiła organizm, a serce bije, jak chce - arytmia , na dodatek okropna bezsilność. - Wczoraj żołądkowe perypetie jeszcze bardziej mi zaszkodziły. Ciśnienie spadło do tak niskiego poziomu, jaki nie miałam od niepamiętnych czasów.
Natomiast cieszy mnie fakt, iż w rezultacie długiej penetracji różnorodnych możliwości - sama odnalazłam stałe wejście do internetu. Chciałam wezwać już informatyka, wypisałam x adresów , ale jeszcze próbowałam sama coś zdziałać, bo nowy pracownik, który miał być doskonałym znawcą technicznej strony komputerów i robił wrażenie pewnego siebie mechanika - wcale mi nie pomógł, mimo że 3 razy próbował ustawić internet. Po czym umówił się na czwartą próbę i... nie przyszedł. Któryś z rzędu mnie zignorował. Ale ja też go będę miała gdzieś.
Rozstrzygają się losy dostępu do grafików, które kierownik domu zabronił nie tylko mnie dostarczać, ale nawet kopiować, fotografować (!) pracownikom . Kompletna paranoja. Powiedział, że to należy do ochrony danych osobowych. Z kolei ja się wściekłam i napisałam do Głównego Inspektora tychże danych i otrzymałam odpowiedź, że nam się należy wgląd do nich i podał wyrok Sądu Najwyższego w tej sprawie. Napisałam też do MOPSu, który jednak skierował to pismo do dyrektora Centrum. Miał na nie odpowiedzieć do 28 kwietnia, ale 27 przyszło pismo do mojej wiadomości, iż nasza socjalna, Jola, przekazała im informację, iż ja zobowiązałam się pismo Inspektora dostarczyć kierownictwu 14 kwietnia ! Co za tupet ! Nic podobnego jej nie mówiłam, ale zdaje się, że tę datę wymyślił nasz kierownik, by winą obarczyć mnie za brak od nich odpowiedzi. Objechałam Jolcię, bo ona, kiedy tylko przeczytałam opinię Inspektora - "przekablowała" go kierownikowi, a tenże swemu pryncypałowi - w swojej , wygodnej dla siebie, wersji. Wiedziałam, że natychmiast rozniesie się o tym wieść i w zasadzie chciałam, żeby niepokój wkradł się do serc moich przeciwników, ale nie sądziłam, że od razu , taka lojalna pracownica - poleci z plotką do swego zwierzchnika. Z przekąsem, powiedziałam, że zapewne otrzyma za to premię.
Cały czas mam pod górkę. Trochę sama wywołuję te niepokoje, ale czy zdrowy na umyśle człowiek może przejść obojętnie obok takich nonsensów ? Ja, w każdym razie nie umiem.
Był też wczoraj Sylwek. Miał przyjść po list, który musiałam wysłać poleconym i pomóc w przesadzeniu mego drzewka bonsay. Oczywiście nie przyszedł w porę, więc sama zabrałam się do roboty i kompletnie wyczerpana, spocona zakończyłam wszystko (sprzątania było sporo) przed jego przybyciem. Tłumaczył się, że autobusy opóźniły się i czekał na nie 45 minut. Jest okropnie irytujący, ale staram się jakoś przejść do porządku dziennego, bo on nie da się wychować. Ulega tylko presji swych doktorków, bo okrutnie się trzęsie nad sobą. Szkoda mi go też , bo leczy się psychotropami, a one wykańczają organizm. Nie znam diagnozy, ale wiem, że ma coś wspólnego z depresją.
Moi nowo dokooptowani krewni odzywają się coraz rzadziej tak, jak na początku - bez przerwy. Wyciągnęli ze mnie wszystkie tajemnice rodzinne, ale ja celowo im przekazywałam, bo nikt, poza mną, do tego nie dorósł. Dorota (córka Janka Nowickiego - chirurga, którego poznałam w młodości - kuzyna mego ojca) wykupiła wszystkie pozostałe egzemplarze mojej książki (koło 16) i przesłała bratu - Tomaszowi do USA jeden z nich. Nie napisał ani słowa na temat jej walorów, więc, jak sądzę, nie przyjął pozytywnie i też przestał się ze mną kontaktować. Wandzia D. , której przesłałam resztki dokumentów familijnych, by zwróciła Krzysztofowi, a on Andrzejowi - też nie odzywa się. Wyobrażam sobie, jak mnie przed nią "obrabiał" - mitoman i cham. Z Mychą również nastał rozbrat na całego - od świat B.N - nie zadzwoniła, a ja też.
Nie wiem, czy czekają mnie jeszcze jakieś pozytywy i czy wyjdę kiedyś do mego parczku, na co bardzo liczę ? Ale nie wydaje mi się, bym doczekała się czegoś dobrego od życia.
Natomiast cieszy mnie fakt, iż w rezultacie długiej penetracji różnorodnych możliwości - sama odnalazłam stałe wejście do internetu. Chciałam wezwać już informatyka, wypisałam x adresów , ale jeszcze próbowałam sama coś zdziałać, bo nowy pracownik, który miał być doskonałym znawcą technicznej strony komputerów i robił wrażenie pewnego siebie mechanika - wcale mi nie pomógł, mimo że 3 razy próbował ustawić internet. Po czym umówił się na czwartą próbę i... nie przyszedł. Któryś z rzędu mnie zignorował. Ale ja też go będę miała gdzieś.
Rozstrzygają się losy dostępu do grafików, które kierownik domu zabronił nie tylko mnie dostarczać, ale nawet kopiować, fotografować (!) pracownikom . Kompletna paranoja. Powiedział, że to należy do ochrony danych osobowych. Z kolei ja się wściekłam i napisałam do Głównego Inspektora tychże danych i otrzymałam odpowiedź, że nam się należy wgląd do nich i podał wyrok Sądu Najwyższego w tej sprawie. Napisałam też do MOPSu, który jednak skierował to pismo do dyrektora Centrum. Miał na nie odpowiedzieć do 28 kwietnia, ale 27 przyszło pismo do mojej wiadomości, iż nasza socjalna, Jola, przekazała im informację, iż ja zobowiązałam się pismo Inspektora dostarczyć kierownictwu 14 kwietnia ! Co za tupet ! Nic podobnego jej nie mówiłam, ale zdaje się, że tę datę wymyślił nasz kierownik, by winą obarczyć mnie za brak od nich odpowiedzi. Objechałam Jolcię, bo ona, kiedy tylko przeczytałam opinię Inspektora - "przekablowała" go kierownikowi, a tenże swemu pryncypałowi - w swojej , wygodnej dla siebie, wersji. Wiedziałam, że natychmiast rozniesie się o tym wieść i w zasadzie chciałam, żeby niepokój wkradł się do serc moich przeciwników, ale nie sądziłam, że od razu , taka lojalna pracownica - poleci z plotką do swego zwierzchnika. Z przekąsem, powiedziałam, że zapewne otrzyma za to premię.
Cały czas mam pod górkę. Trochę sama wywołuję te niepokoje, ale czy zdrowy na umyśle człowiek może przejść obojętnie obok takich nonsensów ? Ja, w każdym razie nie umiem.
Był też wczoraj Sylwek. Miał przyjść po list, który musiałam wysłać poleconym i pomóc w przesadzeniu mego drzewka bonsay. Oczywiście nie przyszedł w porę, więc sama zabrałam się do roboty i kompletnie wyczerpana, spocona zakończyłam wszystko (sprzątania było sporo) przed jego przybyciem. Tłumaczył się, że autobusy opóźniły się i czekał na nie 45 minut. Jest okropnie irytujący, ale staram się jakoś przejść do porządku dziennego, bo on nie da się wychować. Ulega tylko presji swych doktorków, bo okrutnie się trzęsie nad sobą. Szkoda mi go też , bo leczy się psychotropami, a one wykańczają organizm. Nie znam diagnozy, ale wiem, że ma coś wspólnego z depresją.
Moi nowo dokooptowani krewni odzywają się coraz rzadziej tak, jak na początku - bez przerwy. Wyciągnęli ze mnie wszystkie tajemnice rodzinne, ale ja celowo im przekazywałam, bo nikt, poza mną, do tego nie dorósł. Dorota (córka Janka Nowickiego - chirurga, którego poznałam w młodości - kuzyna mego ojca) wykupiła wszystkie pozostałe egzemplarze mojej książki (koło 16) i przesłała bratu - Tomaszowi do USA jeden z nich. Nie napisał ani słowa na temat jej walorów, więc, jak sądzę, nie przyjął pozytywnie i też przestał się ze mną kontaktować. Wandzia D. , której przesłałam resztki dokumentów familijnych, by zwróciła Krzysztofowi, a on Andrzejowi - też nie odzywa się. Wyobrażam sobie, jak mnie przed nią "obrabiał" - mitoman i cham. Z Mychą również nastał rozbrat na całego - od świat B.N - nie zadzwoniła, a ja też.
Nie wiem, czy czekają mnie jeszcze jakieś pozytywy i czy wyjdę kiedyś do mego parczku, na co bardzo liczę ? Ale nie wydaje mi się, bym doczekała się czegoś dobrego od życia.
Komentarze
Prześlij komentarz